DSC_8211.JPG
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Fidzi cz. II – Cast Away
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 11460
PDF
DRUKUJ
grafika

Fidzi cz. II - Cast Away (Poza swiatem)

Wyspa Mana jest niewielką wysepką oddaloną 0 70 kilometrów na zachód od Nadi. Przypływamy tam około południa, a na małej łódce zostaje Azjatka, która ma zamiar nurkować oraz kilku Hiszpanów, którzy wybierają się na inną wyspę. Wysiadając, szybko odczuwamy, że woda w Pacyfiku ma prawie tę samą temperaturę, co powietrze - około 30 stopni. Akurat jest odpływ i woda bardzo szybko się nagrzewa. Wzdłuż plaży rosną liczne palmy, między nimi stoją drewniane tarasy i daszki zachowane w wyspiarskim klimacie, a wszystko na białym drobnym piasku.

Miejsce, w którym się zatrzymujemy nazywa się Mana Lagoon. Bezpośrednio z plaży wchodzi się do baru, gdzie mieszkańcy lokalnej wioski witają nas specjalnie przygotowaną na tę okazję piosenką. Zapoznajemy się z ogólną organizacją dnia na wyspie, która z uwzględnieniem Fiji Time, zakłada dużą elastyczność godzin posiłków. W czasie wolnym można się wybrać na kilkugodzinne lub całodniowe wyprawy na inne wyspy lub nurkować bądź surfować.

Wyspa jest mała i nieco pagórkowata. Obejście całej zajmuje około 3 godziny. Domek, w którym będziemy spali znajduje się tuż za barem, na terenie jednej z dwóch wiosek. Pokój jest niewielki i na jego wyposażeniu są dwa dwupiętrowe łóżka. Szybko notujemy, że jedno jest już zajęte. Wartościowe rzeczy zostawiamy w depozycie w recepcji baru i jemy lunch. Jedzenie jest przepyszne pomimo, że stosunkowo proste jak to na wyspie można się spodziewać. Ryż z rybą i warzywami, a do tego sok z pomarańczy i kawałek ananasa.

Najedzeni idziemy zorientować się nieco w geografii wyspy. Spotykamy naszego współlokatora Włocha - Mateo, który opowiedział nam, że niegdyś miał wypadek na motocyklu i gdy doszedł po nim do siebie, otrzymał niemałe odszkodowanie i postanowił się wybrać, podobnie jak my, na wyprawę dookoła świata. Spędził on na wyspie już kilka dni i dobrze orientuje się w możliwościach spędzenia wolnego czasu. Poleca nam najlepsze miejsca do snorkelingu i opowiada o Monoruki - wyspie z planu filmowego Castaway, która jest około 30 minut drogi od Mana. O możliwości popłynięcia na wyspę "spoza świata" słyszeliśmy już wcześniej, jednak w końcu zadecydowaliśmy wybrać się tam następnego dnia wraz z Mateo.

Popołudnie spędzamy nurkując z rurką niedaleko brzegu tuż ponad rafą koralową. Jest odpływ i w niektórych miejscach trudno jest przepłynąć nie zahaczając o ostre koralowce. Pod powierzchnią wody w oczy rzucają się przede wszystkim kolorowe rybki, których nie sposób policzyć. Łatwo jest także znaleźć piękne niebieskie rozgwiazdy oraz liczne nieznane nam roślinki, które cudownie komponują się z resztą podwodnego świata. W jednym momencie udaję się w ślad za biało czarnym wężem morskim, jednak po kilku chwilach tracę go z oczu.

Powrót do Mana Lagoon jest nieco utrudniony z powodu skalistego brzegu. W pełnym słońcu kamienie potrafią nagrzać się do bardzo wysokich temperatur, co zdecydowanie nie ułatwia chodzenia po nich na boso. Szczęśliwie cali docieramy na kolację i resztę wieczoru spędzamy na rozmowach o życiu wraz z pozostałymi mieszkańcami hostelu ze wszystkich stron świata, co jakiś czas robiąc sobie przerwę na kąpieli w ciepłych wodach Pacyfiku.

Poranek następnego dnia jest spokojny i przyjemny. Po lekkim śniadaniu dogadujemy z mieszkańcami wioski temat naszej wyprawy na wyspę z Castaway. Znając znaczenie Fiji Time, spokojnie czekamy, aż wszyscy będą gotowi. Około 10 ładujemy się na małą łódkę i wraz z Mateo i dwójką lokalnych kilkunastolatków płyniemy na oddaloną o około 30 minut drogi wysepkę.

Po drodze mijamy inne tropikalne raje, niektóre przeładowane resortami i hotelami, inne bezludne i nietknięte przez turystykę. Szybko zbliżamy się w końcu do Monoruki. Każdy, kto kiedyś widział film Castaway, rozpozna z daleka to miejsce. Jest to niemal 200 metrowa góra o stromym zboczu. U jej podnóża pełno jest bujnej tropikalnej roślinności, która płynnie wpada przez pojedyncze palmy i piękną plażę, do oceanu.

Pomimo tego, że wyspa jest niezamieszkała, spotkać na niej można całkiem sporo osób. Większość odwiedzających przypłynęła tutaj promami lub jachtami, przy których nasza łódka wygląda skromnie, ale wcale nam to nie przeszkadza. Na brzegu do którego dobiliśmy, od razu znajdujemy wielki napis „Help me" ułożony z połówek kokosów, podobny do jego filmowego odpowiednika.

Znajdujemy także Wilsona - piłkę do siatkówki, ekranowego przyjaciela zagubionego na wyspie Toma Hanksa. Na plaży rośnie mnóstwo palm kokosowych, a dzięki pomocy przewodników innych wycieczek, którzy mają maczety, raczymy się słodkim mlekiem kokosowym.

Po krótkim snorkelingu, postanawiamy wybrać się na szczyt góry. Towarzyszą nam w tym bosonodzy mieszkańcy wyspy Mana, z którymi tutaj przypłynęliśmy. Strzała również nie zabrał ze sobą żadnego obuwia, jednak pożycza japonki od Mateo, który właśnie ze szczytu wrócił. Szlak jest dość trudny, jednak po około 30 minutach jesteśmy na górze, z której rozpościera się przepiękny widok na pobliskie wysepki archipelagu Mamanuca. Na szczycie znajdujemy także charakterystyczne drzewo, które bohater filmu Castaway chciał wykorzystać do popełnienia samobójstwa.
Do Mana Lagoon, gdzie czeka już na nas lunch wracamy po południu. Resztę dnia spędzamy relaksując się na leżakach i czytając książki. Jako, że jesteśmy jednymi z niewielu gości w hostelu, nasza dzisiejsza wyprawa nie pozostaje niezauważona wśród mieszkańców wioski. Efektem tego jest wieczorna projekcja filmu Castaway, na którą przychodzi sporo młodzieży, która ma akurat wakacje. Podobnie jak większość zebranych, też widzieliśmy już ten film, jednak obejrzenie go tuż po wizycie z miejsca, gdzie odbywa się większość akcji, daje nam niemałą radochę.

Kolejny dzień spędzamy na odpoczywaniu, czytaniu, z przerwami na spacery, nurkowanie i kąpiele w oceanie. odpoczywając. Wraz z nadejściem wieczoru, umawiamy się z Patrickiem - naszym rówieśnikiem i mieszkańcem pobliskiej wioski na picie Kavy. Napój ten poza kolorem niewiele ma wspólnego ze znaną nam kawą. Jest to wywar ze zmielonych korzeni pieprzu metystynowego o nieco narkotycznym działaniu, wywodzący się z wysp Mikronezji. Kavę przyrządza się uwalniając aromat rozdrobnionej rośliny znajdującej się w woreczku tak, aby nie przedostała się ona do gotowego trunku. Wszystko przygotowuje się w wielkiej, pięknie zdobionej, drewnianej misce, a do picia służą połówki skorupy kokosa.

Zanim spróbujemy pierwszy raz nowego napoju musimy jeszcze trzy razy klasnąć i powiedzieć „Bula!". W smaku kava jest bardzo mocna i wyraźna. Można doszukać się powiązania wywaru z pieprzem, jednak dla nas smak ten jest zupełnie nowy i nie kojarzy się z żadnym innym nam znanym. Przez kolejne kilka godzin prowadzimy bardzo ciekawe rozmowy i co rusz raczymy się tym niezwykłym trunkiem. W końcu udajemy się nieco zrelaksowani do łóżek.

Chcąc spędzić ostatni pełny dzień na wyspie aktywnie, decydujemy wybrać się wraz z miejscowymi na ryby. Tuż po lunchu ładujemy na łódkę najpotrzebniejszy sprzęt i wypływamy w ocean. Nie mając za bardzo rybackiego doświadczenia w pełni polegamy na lokalnych metodach. Początkowo zatrzymujemy się na nienajgłębszej wodzie, aby spróbować upolować jakąś zdobycz za pomocą harpuna. Jako, że taki sprzęt mamy tylko jeden, zostawiamy najbardziej doświadczonego w wodzie i dobijamy do pobliskiej malutkiej wysepki.

Ląd jest podzielony na plażę wraz z palmami kokosowymi oraz niewielką górę, której zbocze wpada do oceanu. My wybieramy trasę wzdłuż skalistego brzegu, by poszukać małż i krabów. Przydatnym narzędziem okazuje się nóż oraz kamienie, którymi próbujemy wycelować w kraby. Polowanie na skorupiaki idzie nam całkiem nieźle i po niecałej godzinie mamy ich pełen kapelusz. Znajdujemy również biało czarnego węża morskiego, którego tak ochoczo kilka dni temu śledziłem. Dowiadujemy się, że to jedno z najgroźniejszych stworzeń w okolicy, a po jego ukąszeniu szanse na przeżycie są bardzo niewielkie...

Zaopatrzeni w kokosy oraz kraby wypływamy łódką na głęboką wodę. Aż do tego momentu byliśmy przekonani, że upolowane przez nas owoce morza, będziemy zajadać na kolację. Dziwiliśmy się tylko temu, że były one nieco małe, przez co nie za bardzo wyobrażaliśmy sobie, jak się za nie zabierzemy. Okazuje się jednak, że właściwy połów dopiero przed nami, a nasze zdobycze posłużą nam za przynętę. Na głębokiej wodzie za wędkę służą nam puste butelki, na których nawinięta jest żyłka. Pokrojone kawałki kraba nabijamy na haczyk, wrzucamy do wody i czekamy...

Połów idzie znacznie lepiej niż się spodziewaliśmy i po godzinie mamy całkiem pokaźną ilość ryb. Są one przeróżne i niczym nie przypominają zwierząt znanych nam ze słodkich wód. Najwięcej złowił Strzała, zostawiając resztę daleko w tyle. Z uśmiechami na twarzy i zadowalającą liczbą ryb wracamy do naszego hostelu. Jako, że kucharz życzy sobie 15 dolarów od osoby za przygotowanie kolacji z naszych zdobyczy, decydujemy się przyrządzić je sami na ognisku. Z pomocą przychodzą miejscowi znajomi, z którymi przygotowujemy ostro-kwaśną zalewę i ostatni wieczór spędzamy zajadając się rybkami.

Ostatni poranek na Mana nie jest już tak spokojny i przyjemny jak pozostałe. Oczekując na łódkę żegnamy się z mieszkańcami wioski oraz pracownikami hostelu. Pomimo zaledwie kilku dni spędzonych na wyspie zdążyliśmy się z nimi zżyć. Lokalsi muszą mieć podobne odczucia, ponieważ na pożegnanie grają dla nas specjalną piosenkę, której nie zdarzyło im się śpiewać nikomu wcześniej podczas naszego pobytu na wyspie. Jak twierdzą byliśmy dla nich wyjątkowymi gośćmi i dziękują nam właśnie w ten sposób. Chociaż jutro lecimy do Nowej Zelandii, to myślami cały czas jesteśmy na wyspie Mana. Spędziliśmy tam niezapomniane chwilę i w końcu czuliśmy się jak w raju, przez kilka dni na prawdę będąc "poza światem".

Tekst: Kali

 

 

 

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ