DSC_8211.JPG
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Fidzi cz. I – Troubles in paradise
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 11137
PDF
DRUKUJ

Fidzi cz. I - Troubles in paradise (problemy w raju)

Pomysł na odwiedzenie wysp na Pacyfiku pojawił się - jak to zazwyczaj w naszym przypadku bywa - spontanicznie. Okazało się, że ceny lotów do Nowej Zelandii są znacznie korzystniejsze, jeśli zahaczymy o Los Angeles i wyspy Fidżi. Ze względu na przesiadkę w Portoryko na samym początku naszej podróży, mieliśmy już amerykańską wizę, więc po prostu skorzystaliśmy z okazji. Poza tym relaks w ciepłych wodach Oceanu Spokojnego brzmiał szczególnie zachęcająco...Na samo zwiedzanie wyspy nie mieliśmy szczegółowego planu. Chcieliśmy przylecieć i zorientować się w możliwościach na własną rękę i na naszą skromną kieszeń. Zanim się jednak znaleźliśmy się w raju trzeba było przejść kontrolę graniczną. Wydawałoby się, że będzie to jak zwykle formalność.

Problemy zaczęły się już w Los Angeles. Podczas nadawania bagażu wymagany był bilet na wylot z Fidżi. Nie wystarczyły późniejsze bilety z Australii do Azji i przekonywanie pracowników lotniska, że nie chcemy zostać na Fidżi. Wprawdzie takowy bilet mieliśmy już kupiony, jednak przy całym tempie ostatnich dni zapomnieliśmy go wydrukować. Po kilku minutach dyskusji i pokazaniu biletu na komputerze, dostaliśmy karty pokładowe i już spokojniejsi, czekaliśmy na najdłuższy podczas naszej wyprawy, 12 godzinny lot. Z Los Angeles wylecieliśmy 29 grudnia wieczorem, natomiast lądowaliśmy... 31 grudnia rano. Przekroczenie linii zmiany czasu - powód, dla którego w dziennikach Magellana brakowało jednego dnia. Podobnie jest w naszym przypadku. 30 grudnia to dzień, który możemy skreślić z naszych dzienników.

W Nadi - drugim co do wielkości mieście na Fidżi - lądujemy w Sylwestra. Na lotnisku ma na nas czekać couchsurfer - Mitch, przez którego zostaliśmy zaproszeni. Informacja ta dla pracownika kontrolii granicznej jest jednak niewystarczająca. Nie mamy żadnego adresu, numeru telefonu, a ilość posiadanej przez nas gotówki, także nie robi pozytywnego wrażenia. W końcu bierzemy swój bagaż i udajemy się razem z celnikiem w poszukiwaniu naszego gospodarza. W międzyczasie zostajemy poinformowani o tym, że jeżeli nikt będzie na nas czekał to nie zostaniemy wpuszczeni. Perspektywa spędzenia Nowego Roku na lotnisku lub w samolocie była coraz bliższa - okazało się, że w bufetowej strefie lotniska nikt na nas nie czeka. 10 minut poszukiwań nie przyniosło efektów. Gdy zrezygnowani układaliśmy w głowie czarne scenariusze, podeszła do nas kobieta - siostra Mitcha. Pracownik lotniska zanotował tylko adres i pozwolił nam odejść.

Do domu naszego hosta w małej wiosce Malavin przyjeżdżamy wraz z Veronicą taksówką - zajmuje nam to ledwie kilka minut. Okolica jest spokojna i na pierwszy rzut oka, nie czujemy się jak na rajskiej wyspie. Na każdym kroku, zaskakuje nas przede wszystkim bujna roślinność. W zasięgu wzroku jest wiele palm oraz drzew z egzotycznymi owocami takimi jak mango, banany, kokosy oraz innymi, których nie potrafimy rozpoznać.

Szybko poznajemy się z Mitchem, który niestety musi zaraz uciekać do pracy - zajmuje się tańcem z ogniem i ma próbę przed sylwestrowym show. My idziemy na piętro domu, gdzie mieszka Irlandka - Diana, poślubiona z Fidżyjczykiem, który służył w brytyjskiej armii. Szybko dowiadujemy się o tym, jak wygląda życie w kraju, co to jest Fiji Time oraz jak można tutaj spędzić najlepiej czas. Na głównej wyspie nie ma co zostawać, ponieważ nie znajdziemy tutaj ani ładnych plaż, ani też dobrej pogody. Jest pora deszczowa i niemal każdego dnia pada tutaj deszcz.

Wysp fidżijskich jest około 800, z czego jedynie dwie z nich mają znaczące rozmiary. Na największej z nich, na której się znajdujemy, mieszka ponad 75% ludności kraju. Pozostałe są znacznie mniejsze i rzadko spotkamy na nich samochody, a prąd jedynie dzięki generatorowi. Wysepki, są głównie przeznaczona dla bogatych turystów. Szczęśliwie dla nas, są też stosunkowo tanie miejsca.
Nie chcąc tracić dnia, wybieramy się do miasta, aby dokładnie zorientować się w cenach. Nadi jest kilkudziesięciotysięcznym miasteczkiem, w którym wszystko czego potrzebujemy, znajdujemy na głównej ulicy. Rdzenni mieszkańcy wysp mają charakterystyczną ciemną karnację oraz kręcone włosy. Obcokrajowca widać z daleka, więc co chwilę miejscowi zaczepiają nas tutejszym przywitaniem - Bula. Wśród uśmiechniętych tubylców łatwo odróżnić tych z hinduskimi korzeniami, jest ich całkiem sporo.
Znając ceny odkładamy sprawę zabookowania naszego pobytu na jednej z wysp do następnego dnia. Dzisiaj jest Sylwester, czego zupełnie nie czujemy. Jest ponad 30 stopni i zbliża się wieczór. Za kilka godzin będziemy mieli okazję przywitać Nowy Rok jako pierwsi. Wracamy do domu i umawiamy się z mieszkańcami domu co do miejsca, w którym się widzimy i decydujemy się na krótką drzemkę przed długą nocą. Wszystkie osoby na wyspach obowiązuje Fiji Time - na wszystko jest czas i nikt się nim nie przejmuje. Nam, się we znaki, dał 12 godzinny lot i ledwo wstajemy na czas, aby zdążyć na imprezę sylwestrową.
Noc sylwestrową spędziliśmy wśród mieszkańców wyspy - najpierw na potańcówce, gdzie popijaliśmy fidżyjskie piwo w lokalny sposób. Polega on na nalewaniu trunku do małych szklanek wielkości naszych literatek i picia w dobrze znany nam sposób „na raz". Butelki są półtora litrowe, a tempo narzucone przez naszego couchsurfera jest dość zawrotne. Po kilku godzinach dobrej zabawy, przenosimy się do klubu, gdzie impreza trwa w najlepsze. Po godnym przywitaniu 2014 roku, wracamy do domu przez zatłoczone uliczki - czuję wtedy jak ktoś mi wyciąga portfel z kieszeni. Odwracam się gwałtownie, wpatruje się we mnie kilka osób. Przez chwilę szukam portfela na ziemi i nerwowo przyglądam się twarzom ludzi dookoła. Niestety portfel skradziony. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej, jak tylko pogodzić się ze stratą. Poza kilkoma osobistymi rzeczami i gotówką, zginął tylko polski dowód osobisty i legitymacja studencka. Ważniejsze rzeczy zostawiliśmy w domu.

1 stycznia spędzamy już na spokojniej. Po południu zabookowaliśmy łódkę oraz noclegi w hostelu na wyspie Mana. Na malutkiej wysepce, oddalonej o około godzinę drogi motorówką od głównej wyspy, są tylko 2 hostele i jeden duży ośrodek wypoczynkowy. Po dokładnym rozeznaniu z poprzedniego dnia wiemy, że jest to najtańsze miejsce, do którego możemy się udać. Dodatkowo, wybieramy biuro turystyczne, które zaproponowało nam najkorzystniejszą ofertę. Następnego dnia, o 9 rano sprzed biura auto zabierze nas na wybrzeże, skąd popłyniemy na rajską wyspę.

Wieczór spędzamy siedząc z naszymi gospodarzami. Mają też oni innych gości. Są to sami Fidżyjczycy, ale jak się okazuje, nawet nie wszystkich znają. Atmosfera jest całkiem przyjazna i wesoła, choć daje się odczuć, że wszyscy są zmęczeni. Dość szybko idziemy spać, a pakowanie się zostawiamy na poranek. Planowaliśmy zostawić część rzeczy u Diany, która z początku się na to zgadza, jednak tuż przed naszym wyjściem zmienia zdanie, a my musimy się szybko przepakować. Nie udaje nam się pożegnać z Mitchem - nie wrócił do domu po wczorajszym wyjściu na imprezę.
Tuż po Nowym Roku, Fiji Time jest jeszcze wolniejszy i auto odbiera nas z lekkim poślizgiem. W hostelu przy plaży, skąd za chwilę popłyniemy na plażę, regulujemy rachunki za transport i nocleg na wysepce. W tym momencie orientujemy się, że obaj nie możemy znaleźć „awaryjnych" 50 euro, które trzymaliśmy w osobnych kieszonkach - a tych ani razu nie braliśmy z domu naszego hosta. Cały pobyt u tego couchsurfera był dość dziwny, ale tego się nie spodziewaliśmy - ktoś nas tam okradł. Było tam dzień wcześniej sporo ludzi, nie możemy więc wiedzieć, czy był to ktoś z gospodarzy czy obcy. Nie mamy też możliwości zajęcia się sprawą - nasza łódka zaraz odpływa, a przegapienie jej będzie dla nas związana z kolejną stratą pieniędzy. Cała sytuacja jest problemem nie tylko praktycznym - na pewno przydałyby się nam się w końcu te pieniądze - ale też bardzo psuje nam nastroje, gdyż nigdy nie mieliśmy tak nieprzyjemnej sytuacji na couchsurfingu.

Ale kiedy pora wejść na pokład niewielkiej motorówki, łatwiej nam nie myśleć o kłopotach. Z plecakami na ramionach brodzimy w ciepłej wodzie, rosły Fidżyjczyk siada za sterem i z rykiem silnika ruszamy w stronę wyspy, która - podobno - jest rajem.

tekst: Kali

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ