DSC_8211.JPG
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Swieta na dwoch kontynentach
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 10732
PDF
DRUKUJ

Swieta na dwoch kontynentach

W ciągu tygodnia w Patagonii przeszliśmy około 100 km. Przez ostatni tydzień grudnia mieliśmy zrobić 20 000 km, trzema lotami dwukrotnie przekraczając równik i raz - linię zmiany daty. Żeby dostać się do Oceanii, czekały nas loty z Santiago de Chile do Los Angeles przez Panamę, a później 12-godzinny przelot nad Pacyfikiem. Przedtem jednak spędziliśmy ostatnie dni w Ameryce Łacińskiej, a jednocześnie pierwsze Święta poza Polską.

Chile

Ponieważ lot mamy z Santiago, ostatnie dni na kontynencie południowoamerykańskim spędzamy właśnie w stolicy Chile. Jednak przedtem, aby odpocząć po wędrówce, rozbijamy obóz wybrzeżu oceanu. Linia brzegowa Chile ciągnie się przez tysiące kilometrów i nie mając specjalnego pomysłu, gdzie chcemy spędzić najbliższe dwa dni, wybieramy się do Valdivia. Średniej wielkości miasto nie leży nad samym Pacyfikiem, ale nad rzeką przechodzącą w zatokę. Po zakupach, podmiejskim busikiem dostajemy się nad ocean. W niewielkiej zatoczce znajdujemy dziką plażę, gdzie poza nami jest tylko trochę chilijskiej młodzieży - dla nich grudzień to początek lata i czas wakacji.

Choć o Chile słyszeliśmy, że jest najbardziej rozwiniętym krajem na kontynencie, to od początku nie sprawia takiego wrażenia. A raczej jest to wrażenie mieszane. Są duże centra handlowe, z łatwością można zapłacić kartą, w każdym mieście jest informacja turystyczna i czasem nawet mówią po angielsku. Z drugiej strony, pełno jest małych sklepików i straganów, targów, ulicznego jedzenia. Nie jest zbyt czysto, ale ładnie. Wiele osób spędza czas spacerując czy siedząc w parkach i najwyraźniej nikomu się nie spieszy, co jest tak odmienne od przedświątecznego czasu w Polsce. Wszystko to sprawa wrażenie ciekawego połączenia europejskości niczym w Argentynie, oraz kultury andyjskiej jak w Peru i Boliwii.

Po dwóch dniach lenistwa nad oceanem, czas na nasz ostatni nocy autobus w Ameryce. Dzień spędzamy w Valdivia, spacerując ulicami historycznego miasta (była to jedna z pierwszych kolonialnych osad na terenie dzisiejszego Chile) oraz zajadając przepyszne owoce morza, przygotowane na lokalny sposób. Wieczorem wsiadamy do wygodnego autokaru, a o poranku budzimy się w stolicy.

Liczące ponad 6 milionów mieszkańców (aż 1/3 populacji całego kraju!) Santiago jest wielkim miastem nawet w skali Ameryki. Dobrze rozwinięte metro i stosunkowo tanie taksówki sprawiają, że poruszanie się po metropolii nie sprawia większego kłopotu. Odnosimy tu podobne wrażenie jak w mniejszych miastach - Chile jest rozwiniętym krajem, ale zachowało andyjskie smaczki, jak handel uliczny i rękodzieło. Jest też bezsprzecznie największym ośrodkiem akademickim w kraju i jadąc metrem wydaje nam się, że co druga stacja swoją nazwę bierze od jakiegoś uniwersytetu.

Po śniadaniu w kawiarence idziemy spotkać się z naszym couchsurferem, u którego spędzimy czas aż do wylotu 25 grudnia. Sergio jest Chilijczykiem, ale bardzo lubi międzynarodowe towarzystwo, dlatego przyjmuje wielu couchsurfeów oraz mieszka z Włochem Matteo. Po dwóch miesiącach w ciągłym ruchu, poznając nowe miejsca, przyglądając się i zwiedzając, na ostatnie dni postanawiamy dać sobie luz i nie zwiedzać Santiago.

Stawiamy raczej na odpoczynek, spacery i poznawanie ludzi - to ostatnie jest bardzo łatwe, ponieważ Sergio okazuje się bardzo towarzyski. Wraz z kilkoma znajomymi zabiera nas do imprezowej dzielnicy miasta, a kolejnego dnia organizuje grilla, podczas którego poznajemy ludzi min. z Niemiec, USA i oczywiście - Chile. Odwiedzamy tylko jedną, choć chyba najciekawszą atrakcję turystyczną - znajdującą się na obrzeżach miasta winnicę Concha y Torro.

Jak dowiadujemy się na miejscu, firma jest drugim największym producentem wina na świecie. Wytwarza między innymi słynne Casillero del Diablo, jest też jedną z kilku winnic na świecie uprawiających odmianę winogron Carmenère. W trakcie półtoragodzinnej wizyty, odwiedzamy uprawy winogron, podziemia w których dojrzewają wina - w tym słynną piwnicę diabła - oraz próbujemy trzech znakomitych win.

Czas do naszego lotu zbliża się szybko, ale Wigilię spędzimy jeszcze u Sergio, który zaprosił znajomych z Niemiec, Włoch, Chile i Ekwadoru. My postanawiamy wprowadzić polski akcent i ugotować nasze tradycyjne potrawy. Dlatego całe przedpołudnie 24 grudnia spędzam poszukując kiszonej kapusty w stolicy Chile - choć wydaje się to zadanie skazane na porażkę, w końcu odnajduję mały sklepik sprzedający kapustę na kilogramy. Pozostałe składniki dostaję bez problemu, a w międzyczasie na niesamowicie zatłoczonej poczcie wysyłam ostatnie pocztówki z Ameryki. Kolejka jest tak długa, że po wzięciu numerka mam czas udać się do fryzjera, a po powrocie nadal muszę czekać.

Popołudnie mija nam w kuchni, gdzie gotujemy barszcz i lepimy pierogi z kapustą i grzybami oraz mniej tradycyjne - z krewetkami na ostro i pastą z awokado, guacamole. W kuchni towarzyszą nam przyjaciele i rodzina - pierwszy raz od dwóch miesięcy mamy czas na Skype'a. Wieczorem jesteśmy już w naszym, międzynarodowym gronie i wieczór spędzamy na wymienianiu się historiami ze swoich państw i przygodami z podróży.

Po kolacji nowa znajoma z Ekwadoru gra na gitarze i śpiewa. Choć z niemałym wysiłkiem ugotowaliśmy tradycyjne potrawy i mieliśmy nawet małą choinkę, to trudno powiedzieć, żebyśmy czuli tu atmosferę świąt. Na pewno nie sprzyja temu klimat - plażowa pogoda i 30 stopni w ciągu dnia ani trochę nie budzą u nas skojarzeń w Bożym Narodzeniem. Ale spędzamy ten wieczór w miłym i ciekawym towarzystwie i nawet, jeśli jest to tylko bardziej urozmaicona kolacja, to my z pewnością zapamiętamy te święta. Niestety nie siedzimy do późna- następnego dnia czeka nas długi lot do Los Angeles z przesiadką w Panamie.

California

Z Santiago lecimy prawie dokładnie na północ, mijając ośnieżone szczyty Andów po jednej stronie i bezkres Pacyfiku do drugiej. Cały pomysł z odwiedzeniem Stanów Zjednoczonych był właściwie przypadkiem. Ze względu na wcześniejszą przesiadkę w Portoryko musieliśmy wyrobić amerykańską wizę, która ważna jest przez 10 lat. Mając te formalność za sobą, mogliśmy swobodniej wybierać połączenia. A dwukrotnie dłuższy lot z Chile do Nowej Zelandii przez LA okazał się korzystniejszy cenowo niż bezpośredni. A do tego przy tej okazji mamy możliwość zahaczenia o stolicę zachodniego wybrzeża, a później - egzotyczne wyspy Fidżi.

Kalifornia leży na półkuli północnej, więc w grudniu panuje tam kalendarzowa zima. Jednak klimat znacznie różni się od polskiego. W ciągu dnia świeci słońce i jest na tyle ciepło, że długie rękawy pozostają w plecakach.

Żeby zrozumieć Los Angeles, trzeba najpierw zobaczyć miasto na mapie - lub tak jak my, z lotu ptaka. Samo LA, jak jest powszechnie nazywane, liczy niecałe 4 miliony mieszkańców. Jednak w praktyce nie ma granicy między nim a sąsiednimi miastami. Cała aglomeracja to 15 milionów ludzi, mieszkających w niskiej zabudowie -przez to metropolia ciągnie się przez ok. 150 km. Sieć autostrad i szerokie drogi łączą ze sobą kolejne dzielnice, a większość mieszkańców posiada samochód. Z tego powodu nie ma zapotrzebowania na rozwijanie komunikacji miejskiej. Jest oczywiście metro i autobusy, ale w samym LA nie jeżdżą zbyt często, a dostanie się do którejś z dalszych dzielnic może być karkołomnym zadaniem. Wszystko to sprawia, że jest to bardzo trudne miejsce do zobaczenia. A mając tylko 4 dni - tak jak my - jest to niemal niemożliwe. Dlatego znów postanawiamy odpuścić sobie typowe zwiedzanie, zobaczyć tylko najsłynniejsze dzielnice Hollywood i Santa Monica, a większość czasu spędzić z couchsurferami.

Na 3 noce (pierwszą spędzamy na lotnisku) mamy aż 2 hostów. Jednego znaleźliśmy my, zaś drugi - Jim, zaprosił nas sam. To do niego udajemy się pierwszego dnia. W dwóch autobusach spędzamy ok. 1,5 godziny i lądujemy w azjatyckiej dzielnicy na wschodzie LA. Imigranci stanowią ogromną część mieszkańców, a ponieważ ich społeczności na ogół skupiają się wokół siebie, to można poczuć się tam jak w innym kraju. Chińskie sklepy, restauracje, napisy na budynkach a nawet buddyjskie świątynie.

Oglądając na couchsurfingu profil naszego pierwszego gospodarza nietrudno było zgadnąć, ze jest barwną i nietypową postacią. Nie mieliśmy jednak pojęcia, jak bardzo. Pięćdziesięcioletni Jim wita nas na elektrycznym wózku inwalidzkim. Później dowiadujemy się, że w zasadzie może chodzić, ale na dłuższą metę nie pozwala mu na to otyłość. Ta zaś spowodowana jest połączeniem astmy i cukrzycy. Jest na prawdę wielki. Długie włosy słusznie zdradzają nam, że jest fanem metalu w najcięższych odmianach. Trudniej dowiedzieć się nam, czym zajmuje się w życiu, ale osobny pokój, cały wypełniony komputerami, monitorami, plątaniną kabli i bliżej nieokreślonych urządzeń jest sporą wskazówką. Wspomina za to coś o projektowaniu deskorolek - kilka decków jego projektu wisi na ścianie. Dużo bardziej otwarty jest na temat swojej orientacji seksualnej - my z pewnością nie spodziewaliśmy się, że jest gejem.

Duude - jak mówi o sobie i zwraca się do każdego - jest bardzo aktywnym couchsurferem. Przyjmuje nawet kilkaset osób rocznie, głównie zapraszając samemu. Jest rozczarowany tym, że zostajemy tylko jedną noc, dlatego postanawiamy totalnie odpuścić sobie na dziś zwiedzanie i spędzić cały dzień z nim. Później dowiadujemy się, jak wielkie znaczenie ma w jego życiu couchsurfing. Będąc ogromnie ciekawym świata i chętnym na poznawanie i rozmowy z innymi ludźmi, nie może w pełni realizować swoich pragnień. Mobilność utrudnia mu choroba. Za to, dzięki goszczeniu innych ludzi, może zaprosić świat do siebie. O tym, że się to udaje, świadczy choćby kolekcja banknotów z różnych państw. My dokładamy mu chilijskie pesos.

Po lunchu w chińskiej knajpie, za który płaci Jim, udajemy się na przejażdżkę. Dzięki specjalnemu przystosowaniu dużego vana, nasz host może prowadzić samochód. Jedziemy do California Science Center. Jest to rodzaj muzeum nauki oraz centrum edukacji dla młodzieży, z darmowym wstępem. Znajdujemy tu sale poświęcone różnym ekosystemom - w arktycznym znajduje się cała ściana z lodu, w oceanicznym - akwaria z przyklejonymi do ścianek ośmiornicami. Ale największą - także dosłownie - atrakcją jest bezsprzecznie prom kosmiczny Endeavour. Jest to jeden z trzech istniejących promów NASA, które był używane to misji w przestrzeni kosmicznej. Endeavour był w kosmosie 25 razy, zanim ostatecznie wylądował w Kalifornii i na ogromnej platformie przewieziono go ulicami LA do dzisiejszej lokacji. Gigantyczne silniki, niesamowicie wytrzymałe płytki na „brzuchu" statku kosmicznego oraz wystawa sprzętu kosmonautów to widok jedyny w swoim rodzaju. Wszystko ma do tego atmosferę amerykańskiego patriotyzmu. Na ścianie hali wisi gwieździsta flaga wielkości pokoju. W drodze powrotnej z autostrady obserwujemy kalifornijski zachód słońca. Wysokie palmy na tle pięknej, pomarańczowej łuny są zupełnie jak z pocztówki z napisem Los Angeles.

Jakkolwiek stereotypowe by się to nie wydawało, pasją naszego hosta jest jedzenie. Lunch w chińskiej knajpie był smaczny, ale kolacja, na którą nas zabiera nas tego samego wieczora, to uczta jakiej dotąd nie uświadczyliśmy. Restauracja specjalizuje się w koreańskim barbecue. Na stolik czekamy prawie pół godziny, a gdy przy nim siadamy, szybko orientujemy się, że ważne jest tu nie tylko to, co jemy, ale też w jaki sposób. Na środku stołu znajduje się okrągłe wgłębienie, a w nim gazowy grill. Wokół niego, w małych miseczkach stoi kilkanaście różnych dodatków. Główne danie stanowi wybór mięs, także w wymyślnych marynatach, które przynoszone są surowe i smaży się je samemu. Samo przyrządzanie to atrakcja, a jedzenie jest wyborne. Po długiej kolacji wracamy do domu, zatrzymując się w europejskim sklepie. Jak Jim dobrze przewidział, jest to niemała atrakcja. Znalezienie na półkach na drugim końcu świata „Spirytusu Wesołego", piw jak Łomża, Tyskie czy EB (można jest w ogóle kupić w Polsce?!) wprawia nas w wesoły nastrój, jeszcze przed otwarciem butelek. Potwierdza się to, co wcześniej usłyszeliśmy o LA - można znaleźć tu wszystko.

Kolejnego dnia, po świetnym lunchu w wielkie, chińskiej restauracji (jesteśmy jedynymi białymi gośćmi) żegnamy się z Jimem. Jak na tak krótki couchsurfing, ten był niesamowicie intensywny i nietypowy. Trzeba przyznać, że nie był też najłatwiejszy. Wygląd naszego hosta sprawiał, że trudno było się na niego nie gapić, trudno było zachować się tak, by być uprzejmym, a jednocześnie nie przesadnie opiekuńczym. Takie spotkanie było jednak warte wysiłku i stanowi niezwykłą lekcję kontaktu z innym człowiekiem - jakkolwiek nietypowy by był. Było to dla mnie najważniejsze couchsurfingowe doświadczenie, jakie dotąd miałem.

Do drugiego hosta, Vinniego, musimy jechać pociągiem niemal godzinę. Mieszka on w Orange County, 70 km. na południe od centrum LA. Po zostawieniu rzeczy w mieszkaniu udajemy się razem z Vinnie'm i jego dziewczyną na świąteczną imprezę ich przyjaciół. Jest to kolejne ciekawe doświadczenie, które zawdzięczamy couchsurfingowi. Impreza wygląda jak w amerykańskim filmie. Stół zastawiony jest jedzeniem, które przygotowali wszyscy (później głosujemy na najlepszą potrawę). Jest dużo różnych alkoholi, ale nikt nie pije za dużo. Głównym punktem wieczoru jest „Secret Santa" - każdy losuje przygotowany anonimowo prezent, którym może potem wymienić się z kimś innym. Znajduje się też coś dla nas - Kali dostaje mini zestaw do ping-ponga, a ja... parę ciepłych kapci.

Ranek kolejnego dnia spędzamy na zakupach, a po południu udajemy się do Hollywood. Po wyjściu ze stacji metra od razu dostajemy oferty zorganizowanych wycieczek, ale stawiamy na zwiedzanie na własną rękę. Nie mamy ani czasu, ani miejsca w budżecie na odwiedzenie słynnych wytwórni, ale w pełni zadowala nas szwendanie się po ruchliwym i kolorowym Hollywood Boulevard oraz zgubienie się na chwilę wśród willi na Hollywood Hills. Dwaj czarnoskórzy raperzy wręczają nam swoje albumy nagrane w garażowym studiu i proszą o wsparcie. Dajemy i kilka dolarów i opuszczamy dzielnicę gwiazd, by autobusem dostać się do Santa Monica.

Najsłynniejsza plaża w LA, znana na świecie jako miejsce, gdzie filmowano Słoneczny patrol, to miejsce, które zdecydowanie należy zobaczyć latem. My nie dość, że mamy grudzień, to przybywamy tam już po zachodzie słońca. Nie znaczy to jednak, że nic się nie dzieje. Mimo chłodu, spacerują tu tłumy, szczególnie na słynnym molo. Santa Monica Pier jest zbudowany z drewna i ma ponad 100 lat, co w Stanach czyni z niego zabytek. Pełno jest tam jednak nowoczesnych atrakcji, jak diabelskie młyny i karuzele. Nam zaczyna robić się zimno - radzimy sobie z tym kupując bluzy w sklepie z pamiątkami - i czas wracać. Przed nami długa droga. Autobusem dostajemy się na stacje metra, stamtąd bezpośrednio na główną stację kolejową, Union Station.

Jest już 22 i pozostał nam tylko jeden pociąg - a właściwie autobus zastępczy, o 23:30. Okazuje się jednak, że nie da się kupić biletów jedynie na autobus, ponieważ sprzedaje je firma kolejowa. Musimy być pociąg+autobus, choć ten drugi zupełnie nam wystarcza. Nic nie pomaga tłumaczenie, ale zasadę udaje nam się ominąć kupując bilet na pociąg na następny dzień, kiedy i tak będzie nam potrzebny. Na godzinne oczekiwanie rozsiadamy się w wygodnych fotelach - jak się okaże, zbyt wygodnych. Zmęczeni długim dniem, zasypiamy i budzimy się o północy. Nasz autobus odjechał. Udaje się nam dostać zwrot za bilety, ale nic nie zmieni tego, że to było ostatniej tej nocy połączenie. Zawstydzeni swoją nieuwagą dzwonimy do Vinniego powiedzieć mu, że nie damy rady dziś przyjechać i pewnie spędzimy noc na dworcu. Ten okazuje się niesamowicie pomocny i obiecuje, że zaraz wsiada do samochodu i po nas jedzie. Na całe szczęście - szybko przekonujemy się, że opcja spania na dworcu nie wchodziłaby w grę. Jest on zamykany na noc, a ochrona nie tylko wyprasza nas z budynku, ale nawet nie pozwala czekać przed nim na naszego hosta. Na szczęście on pojawia się niedługo i przez zamglone, puste autostrady jedziemy do domu.

Rano Vinnie zabiera nas na amerykańskie śniadanie, które w ramach podziękowania my stawiamy. Naleśniki z syropami, bekon i jajka są tak amerykańskie jak tylko się da. Choć jest to niezłe doświadczenie, zdecydowanie wolimy kuchnię azjatycką. Po pożegnaniu udajemy się na pociąg. Mając jeszcze bilet na metro i korzystamy z ostatniego popołudnia w LA udając się na plażę. Spędzamy tam jednak tylko chwilę. Tego samego wieczoru mamy lot na Fidżi.

Tekst: Strzała

 

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ