003.jpg
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Patagonia – la grande nada
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 10535
PDF
DRUKUJ

Patagonia - la grande nada


Do Puerto Madryn przyjechaliśmy wcześnie rano, po dwóch dniach podróży pociągiem i autobusem. Cel na dziś to zobaczyć możliwie najwięcej. Punkt informacji, szczęśliwie dla nas, jest już otwarty. Najpopularniejszą atrakcją regionu jest półwysep Valdes, gdzie można zobaczyć wiele morskich zwierząt - morsy, foki, pingwiny i wiele innych. Dla tych, którzy chcą i mogą wydać trochę więcej, jest również szansa zobaczyć wieloryba z pokładu turystycznej łódki. Koszt zorganizowanej wycieczki na Peninsula Valdes jest spory, podobnie jak bilet wejścia do parku. Dzięki internetowi szybko dowiadujemy się, że taniej jest wypożyczyć samochód choćby na jeden dzień i podzielić koszty na 4 pasażerów. Na dworcu szybko dogadujemy się z podróżującą po Argentynie parą z Izraela. Galem i Rot chętnie przystają na nasz pomysł i razem ogarniamy wynajęcie auta.


Nad oceanem

Wspólnie ustalamy, że zamiast półwyspu chcemy zobaczyć największą kolonię pingwinów u Punto Tombo. Nie ma tam wiele innych zwierząt, ale za to park jest tak zbudowany, że chodzi się po ścieżkach w samym środku kolonii, dzięki czemu z bliska można oglądać te zabawne ptaki. Pingwiny to moje ulubione zwierzęta, więc miałem cichą nadzieję, że uda mi się je zobaczyć w moje urodziny, które przypadały właśnie tego dnia. Strzała po chwili namysłu też się zgadza. Kiedy liczy się dla nas każdy pieniądz, a kolejna atrakcja jest tu droższa od drugiej, to trip do Punto Tombo wydaje się nam stosunkowo niskim wydatkiem.

Para zatrzymuje się w hostelu, więc idą zostawić tam swoje rzeczy, a my czekamy na nich pod jedną z wypożyczalni samochodów. Szybko orientujemy się w cenach i decydujemy się na małego i najtańszego Volkswagena :). Kierowcami są Gal i Strzała. Po drodze poznajemy się z towarzyszami podróży, którzy opowiadają nam między innymi o tym, że każdy obywatel Izraela musi odbyć 3 letnią, obowiązkową służbę wojskową po zakończeniu szkoły - dopiero po tym mogą zacząć studia czy podróże. Trudno nam to sobie wyobrazić.

Droga do kolonii pingwinów to niecałe 200 km, z czego ostatnie 30 to droga bez asfaltu. Po małym krzątaniu się po okolicy dowiadujemy się, gdzie należy kupić bilety i dokąd udać się później. Odbywamy też krótką wizytę w muzeum, gdzie jest sporo informacji o życiu pingwinów oraz trasach ich migracji, niestety tylko w języku hiszpańskim.

Pierwsze pingwiny rzucają się w oczy już po kilku pierwszych krokach na szlaku. Małe, ale świetnie. Ludzie nie robią na nich wielkiego wrażenia. Dopiero, gdy podejdzie się za blisko, mogą się przestraszyć. Stoją sobie myśląc o czymś, niektóre chłodzą się w cieniu, a inne po prostu chodzą. Bardzo fajnie sobie popatrzeć na to wszystko z boku. W całej koloni jest ich około 400 000, co czyni to miejsce największą kolonią pingwinów w Argentynie.


Spacerujemy sobie między nimi i próbujemy wyhaczyć co to ciekawsze okazy. Trafiają się tulące, walczące, jednak głównie chodzące, stojące i leżące. Co ciekawe, jesteśmy w tym miejscu w okresie, w którym wykluwają się im młode. W kilku gniazdach udało mi się je nawet dojrzeć, jednak są one uważnie strzeżone przez mamę i nawet trudno o sensowne zdjęcie. Małe pingwiny nie są jednak tak świetne jak duże. Nie chodzą i głównie piszczą.

Okrążamy cały park, przy okazji podziwiając pingwiny na plaży i pingwiny łowiące. Jest ich niewyobrażalna ilość, a za plecami na wzgórzach - jeszcze więcej. Wracamy do samochodu i ruszamy w drogę licząc na to, że zdążymy jeszcze obejrzeć słonie morskie kilkadziesiąt kilometrów na północ. Na skrzyżowaniu okazuje się, że nic z tego - mamy za mało czasu. Decydujemy się wrócić do miasta i na plaży gotujemy oraz świętujemy urodziny Kalego tortem z supermarketu i Fernet - popularną tu nalewką. Rozbijamy namiot z widokiem na ocean i udajemy się spać.

I w góry!


Nasz kolejny cel to miasteczko Bariloche w Argentyńskich Andach. Nocny autobus zabiera nas na drugą stronę Argentyny. W urokliwym miasteczku, będącym górską stolicą kraju, spędzamy tylko jedną noc, przygotowując do trekingu. Z początku planujemy wyjść na kilka dni w góry i wrócić, ale patrząc na mapę zauważamy górskie przejście graniczne z Chile.


Wpadamy więc na pomysł, że zamiast wracać do Bariloche i jechać do sąsiedniego kraju autobusem, po prostu przejedziemy tam pieszo. Robimy zapasy jedzenia, pysznej lokalnej czekolady, zdjęcia map (zamiast kupowania) i pakujemy plecaki - z prowiantem na tydzień ważą niemal 30 kg. Przed sobą mamy tydzień zaciskania pasa, więc w hostelu robimy solidną kolację - hamburgery z pysznej, argentyńskiej wołowiny.

Wstajemy rano, by busem dostać się do położonego w centrum parku narodowego refugio - czyli schroniska górskiego. Idąc bezpośrednio do granicy, potrzeba ok. 3 dni na dostanie się do Chile. Nam jednak się nie spieszy aż tak, więc wraz z poznanym po drodze Kanadyjczykiem, eksplorujemy okolicę. Pierwszym celem jest oddalony tylko o godzinę drogi wodospad. Spotykamy tam wycieczkę szkolną, która na szczęście nie zostaje tam długo, a my, korzystając z prywatności, kąpiemy się pod lodowatym wodospadem.


Na nocleg wybieramy teren obok niewielkiego jeziora, do którego prowadzi dość trudny szlak. Pierwszą dużą przeszkodą, z której nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jest przejście przez rzekę bez mostu. Bynajmniej nie zraża nasz tabliczka „przejście na własną odpowiedzialność". Z małą przygodą, radzimy sobie sprawnie - pochylone drzewo umożliwia przejście, choć akrobacje nad rwącą rzeką z wielkim plecakiem zapewniają nam trochę adrenaliny.

Dużo żmudniejsza jest dalsza część marszu - ostro pod górę. Poznajemy się też nazbyt dobrze z niechcianymi towarzyszami trekingu - wielkimi muchami, które przez cały dzień bezczelnie brzęczą koło ucha. Pomocne okazują rosnące tu bambusy, które służą zarówno jako kije do chodzenia, jak i do odganiania irytujących owadów.

Kanadyjczyk stopniowo nas wyprzedza, do tego robi się późno. Nie mamy pojęcia, jak daleko zostało nam jeszcze do jeziora i już myślimy o rozbiciu obozu w pierwszym lepszym miejscu, gdy zza drzew wyłania się tafla wody. Zachód słońca nadaje ośnieżonym szczytom cieplejsze barwy i choć robi się chłodno, szybko ogrzewamy się przy ognisku, które nasz kompan zdążył już rozpalić. Po kolacji popijamy yerba mate, obserwując wschodzący księżyc i przepiękne, usiane gwiazdami niebo.

Następnego dnia wracamy tym samym szlakiem, co wydawało się proste, a okazało się kolejną niemałą przygodą. W pewnym momencie gubimy ścieżkę. Nie przejmujemy się tym jednak zbytnio i idziemy dalej przed siebie. Okazuje się to błędem, gdy docieramy na skraj urwiska. Nie chcemy jednak wracać pod górę, więc idziemy dalej skrajem przepaści, przedzierając się przez kolczaste krzewy.

Wymęczeni, w końcu wracamy na ścieżkę i przekraczamy rzekę. Idziemy pewnie, nie wiedząc jeszcze, że po południami w tutejszych strumieniach jest więcej wody, pochodzącej z topniejącego na słońcu lodowca. Na szczęście moczymy tylko buty. Celem na dziś była najwyższa w okolicy góra Tronador, z imponującym lodowcem. Po ciężkiej przeprawie rozbijamy się jednak na samym początku szlaku, który zostawiamy na kolejny dzień.

Ostre, kilkusetmetrowe podejście prowadzi przez wszystkie warstwy roślinności - od gęstego lasu, przez krzewy i łąki, do gołej skały i wreszcie lodowca. Stamtąd rozciąga się niesamowity widok na dolinę, którą dopiero co szliśmy, dalekie wierzchołki oraz poszarpany szczyt wulkanicznej góry, na którą się wspinamy. Tamtejsze refugio położone jest powyżej granicy śniegu, znajdujemy jednak kawałek gołej skały na rozbicie namiotu. Za camping w tym miejscu trzeba niestety zapłacić, ale pozwala nam to skorzystać z łazienki i zjeść swój obiad w ciepłej sali schroniska - na dworze jest mróz. Wymęczeni, nie czekamy na nocne niebo. Po zachodzie słońca szczelnie zapinamy śpiwory i idziemy spać.

Po zimnej nocy, wstajemy dopiero, gdy słońce rozgrzewa namiot. Tu rozstajemy się z kanadyjskim trekerem i schodzimy z góry Tronador, by w końcu zacząć iść we właściwym kierunku. Przejście dwóch bagnistych dolin i przełęczy zajmuje nam trzy dni. Mijamy jeszcze jedno refugio, gdzie za ostatnie argentyńskie peso kupujemy ciastka - nasz prowiant zaczyna się kończyć.

Granica leży miedzy dwoma jeziorami, które można pokonać promem, dlatego spotykamy tam więcej turystów. Niestety zamknięte jest już biuro imigracyjne i na wbicie pieczątki wyjazdowej, musimy poczekać do jutra. Mamy dzięki temu czas odpocząć i... odwiedzić lokalny posterunek żandarmerii. Na szczęście nie z powodu jakichkolwiek kłopotów - skończył nam się gaz do gotowania i znudzeni żandarmi chętnie udostępniają swoja kuchnię.

Urzędnicy z imigracji pojawiają się dopiero po południu. Choć udaje nam się do wieczora przekroczyć formalną granicę, to jesteśmy w Chile bez pieczątki w paszporcie - ich urząd, podobnie jak argentyński, znajduje się dopiero nad położonym 10 km dalej jeziorem.

Wczorajsza kolacja była ostatnią ze zaplanowanych w naszych zapasach. Na dziś zostają nam tylko zupki chińskie, które uchowały się na dnie plecaka jeszcze z Boliwii. Ostatni etap pokonujemy tylko o ciasteczkach, na szczęście kawałek podwozi nas buski, wożący turystów po chilijskim parku narodowym.

Policja imigracyjna oficjalnie wita nas w Chile, a popołudniowy prom zabiera na drugą stronę jeziora. Dwugodzinny rejs jest dużo więcej niż szybkim transportem - oferuje widoki na jezioro Todos Los Santos z niesamowitym, szmaragdowym kolorem, oraz ośnieżone szczyty wulkanów.


Pierwszą rzeczą po powrocie do cywilizacji jest obfity posiłek. Mniej martwimy się noclegiem. Kiedy nie znajdujemy kempingu w rozsądnej cenie, rozbijamy się nad jeziorem. Okazuje się to świetnym wyborem nie tylko ze względu na oszczędność - popijając chilijskie wino, oglądamy księżyc wschodzący dokładnie zza foremnego stożka wulkanu.

Choć Patagonia jest wielka i większości pusta - tak bardzo, że nazywa się ją la grande nada - wielkie nic, podróżnikom oferuje na prawdę wiele. Nam nie udało się zobaczyć wszystkiego, co tam najlepsze, ale mając niecałe dwa tygodnie, poznaliśmy tutejszą niesamowitą przyrodę - i to z dwóch bardzo różnych perspektyw.

Tekst: Kali&Strzała

 

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ