003.jpg
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Buenos Aires
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 11012
PDF
DRUKUJ


Buenos Aires

Płynąc szybko przez Rio de la Plata, nie widzimy drugiego brzegu - przy ujściu rzeka-zatoka ma ponad 200 km szerokości. Woda jest brązowa od błota niesionego tu przez rzeki Urugwaj i Parana. Dopiero po 3 kwadransach na wodzie dostrzegamy miasto na drugim brzegu. Chwilę płyniemy wzdłuż nabrzeża, oglądając wieżowce i port. Na terminalu, przypominającym małe lotnisko, odbieramy plecaki i wychodzimy na rozgrzane słońcem, ruchliwe ulice. Jesteśmy w Buenos Aires! Dlaczego przybyliśmy tu promem, jak szło nam łapanie stopa i jakie wrażenie zrobiła na nas stolica Argentyny? To i wiele więcej w nowym tekście!

Na południe

Półtora tysiąca kilometrów dzielące rejon Iguazu od stolicy, postanowiliśmy pokonać autostopem - a przynajmniej spróbować. Pierwszego stopa złapaliśmy, zanim Kali zdążył zjeść połówkę mango, ale na tym dobra passa się skończyła. Tego dnia pokonujemy tylko 100 km. Po nocy w lesie jedziemy busami kawałek dalej, by być na trasie do Buenos Aires. Zanim docieramy na miejsce, zapada zmrok, więc jedyne co nam pozostaje, to rozbić namiot. Od rana czekamy kilka godzin, a w końcu zabiera nas samochód na rejestracjach z... Belgii. Trzyosobowa rodzinka sprowadziła swojego busa z Europy, by przez rok przejechać Amerykę Południową. Niestety, i z nimi nie zajechaliśmy daleko i w końcu musimy udać się na autobus. Zmieniamy nasz pierwotny plan i nie uderzamy od razu do Buenos - uznajemy, że mamy dość czasu, by zdobyć nową pieczątkę w paszporcie i najpierw wpaść do stolicy sąsiedniego Urugwaju.

Po nocy na dworcu, przekraczamy granicę. Mostem przejeżdżamy nad rzeką Urugwaj i jesteśmy w nowym kraju. Urugwaj, o połowę mniejszy od Polski, położony jest na pagórkowatych stepach. Mieszkańcy robią z wielkich łąk użytek hodując bydło - podobno żyje tu 3 razy tyle krów, co ludzi. Do Montevideo docieramy późnym popołudniem i od razu kupujemy bilety do Buenos Aires na prom na kolejny dzień. Jadąc lądem musielibyśmy sporo nadrobić, dlatego wybieramy drogę przez dzielącą oba miasta Rio de la Plata - gigantyczne ujście rzek, mające ponad 300 km długości i do 200 km szerokości.

Po zostawieniu rzeczy w bardzo przyjemnym hostelu Willy Fogg, idziemy spróbować jednej z największych tutejszych atrakcji - mięsa. Wielki, wołowy stek nie jest najtańszą kolacją podczas naszej wyprawy, ale wart jest każdego peso. Po porządnym posiłku spacerujemy po centrum - miasto nie jest wielkie i sprawia pozytywne wrażenie. Z pewnością jest to nietypowa stolica - kameralna i wyluzowana, ludzie są otwarci i mili.

Wielkie Buenos

Autobusem jedziemy do oddalonego o 3 godziny portowego miasta Colonia, gdzie wchodzimy na pokład promu. Droga na drugą stronę rzeki zajmuje godzinę i w południe jesteśmy na miejscu. Już po pierwszym spacerze miasto robi na nas wrażenie jak żadne inne. Z szerokimi ulicami i ładną architekturą, pełne parków z kwitnącymi na fioletowo drzewami, czyste i eleganckie. Zaglądamy do niesamowitej księgarni El Ateneo, mieszczącej się w starym teatrze. Zamiast ławek widowni stoją półki, na scenie jest kawiarenka, zaś w lożach można usiąść i poczytać.

Z Blasem, naszym hostem, spotykamy się dopiero wieczorem, więc popołudnie spędzamy w jednym z licznych parków. Odbywa się tam akurat festiwal folkloru regionalnego. Na dużej scenie grają lokalne zespoły, zaś chodniki parku otoczone są stoiskami z rękodziełem - od biżuterii i ubrań, przez wyroby ze skóry i metalu, po przybory do picia yerba mate. Napar, z pochodzącej z tego rejonu świata rośliny, jest bardzo popularny i nietrudno zauważyć ludzi spacerujących z termosami i małymi kubeczkami z metalową słomką. Poza targiem, jest w okolicy wielu artystów, w tym oczywiście tancerze - miasto nie bez powody nazywane jest stolicą tango. Wszystko to wywiera na nas bardzo pozytywne wrażenie i zgodnie uznajemy, że Buenos jest najpiękniejszym miastem, które odwiedziliśmy podczas tego tripa.

Stolica, która wraz z aglomeracją liczy 12 milionów mieszkańców, oferuje przyjezdnym wiele, dlatego dajemy sobie tu dość sporo czasu. Dwa pierwsze dni spędzamy zwiedzając słynne dzielnice w centrum - San Telmo i La Boca. W pierwszej z nich w każdą niedzielę odbywa się duży targ uliczny. Stoiska z antykami i rękodziełem ciągną się przez kilka kilometrów prostej ulicy Defensa. Gdy po południu sprzedawcy zaczynają zwijać swoje stoiska, ich miejsca zajmują artyści, muzycy i tancerze. Można znaleźć tu wiele eleganckich sklepików i kawiarni, czasami ukrytych w podwórkach kolonialnych budynków.

W drodze powrotnej przechodzimy przez Avenidada 9 de Julio - najszerszą ulicę świata. W każdą stronę ma 10 pasów dla samochodów, do tego osobne drogi dla autobusów i szerokie chodniki. Przejście na drugą stronę na jednym zielonym świetle jest na ogół niemożliwe.

La Boca jest niewielką, ale malowniczą dzielnicą, położoną przy starym porcie. Wyraźnie różni się od wielkomiejskiego centrum. Nie ma tu wielu wieżowców ani nawet dużych kamienic, a sercem dzielnicy są małe uliczki pełne domków pomalowanych w jaskrawe kolory. To miejsce zamieszkane jest przez wielu artystów pracujących w kolorowych domkach i sprzedających swoje prace na ulicy. Tacy mieszkańcy przyczyniają się do ciekawego wyglądu otoczenia - street art w różnych formach jest wszechobecny. Między innymi ze względu na to, Buenos Aires nazywane jest kulturalną stolicą Ameryki Łacińskiej.

La Boca znana jest jeszcze z jednego powodu - znajduje się tu stadion najpopularniejszego argentyńskiego kubu piłkarskiego, który swoją nazwę pożyczył od samej dzielnicy. Popołudnie spędzamy w okolicach Puerto Madero - portu, który dziś jest w dużej części dzielnicą mieszkalną, z przykładami niezłej, współczesnej architektury.

Miejska dżunga

Choć to określenie z pewnością pasuje do ogromnego i zatłoczonego Buenos Aires, jest tu jeszcze jedna rzecz, którą można tak opisać - w centrum miasta znajduje się zoo. Wybieramy się tam popołudniem, ponieważ ranek spędziliśmy na przeprowadzce od naszego couchsurfera do hostelu. Do dzielnicy Palermo, gdzie znajduje się ogród zoologiczny, docieramy metrem. Komunikacja miejska jest tu na szczęście tania -bilet na metro kosztuje 3,5 peso, a na autobus 1,7 (1 zł - 2 peso).

Powstałe pod koniec XIX wieku zoo najpierw było parkiem, z niewielką sekcją dla zwierząt i stopniowo przekształcało się w ogród zoologiczny. Dzisiejsze habitaty różnią się od tych, których używano ponad sto lat temu. Tamte były w zasadzie niewielkimi klatkami, dziś oczywiście stara się odwzorować w miarę możliwości naturalne środowisko. Część z tych dawnych zostawiono, by zachować architekturę i pokazać odwiedzającym historię zoo. Wśród kilkuset gatunków zwierząt, mieszkają tu między innymi: lwy, tygrysy, żyrafy, foki i pingwiny oraz dobrze nam już znane: lamy i flamingi, kapibary i małpy. Jedną z największych atrakcji są białe tygrysy, tych jednak nie udaje nam się zobaczyć ze względu na prace w ich habitacie. Jest to świetne miejsce do spędzenia ciepłego, grudniowego popołudnia. Mieliśmy jednak trochę mieszane uczucia. Fajnie jest zobaczyć zwierzęta na żywo, jednak niektóre z nich robią na nas raczej przygnębiające wrażenie - szczególnie duże małpy wydają się smutne, tygrysowi ledwo chce się ruszać po niewielkim placyku, zaś niedźwiedź po prostu chodzi w kółko.

Kolejnego dnia udajemy się do dzielnicy Recoleta, z słynnym cmentarzem oraz muzeum sztuki latynoamerykańskiej MALBA. Stosunkowo młode muzeum ma całkiem dużą, stałą kolekcję prac artystów z wszystkich państw kontynentu oraz wystawy czasowe.

Poza dużą ilością obrazów, pokazujących zmiany w południowoamerykańskiej sztuce na przestrzeni XX wieku, znaleźć można też wiele ciekawych instalacji i rzeźb współczesnych artystów.

Sama przestrzeń jest przesiąknięta sztuką - nawet ławki są ciekawie zaprojektowane. MALBA to z pewnością miejsce warte odwiedzenia przez każdego, kto chce poznać te stronę Ameryki. Tym bardziej, że w środy wstęp dla studentów jest darmowy.

Ostatni wieczór spędzamy w... Krakowie. Tak nazywa się bar, prowadzony przez dwóch Polaków. Duży lokal działa od 5 lat i jest całkiem popularny zarówno wśród licznej Polonii jak i Argentyńczyków. Można zjeść tu pierogi i gołąbki oraz spróbować polskich alkoholi, a także wielu lokalnych. Ściany zdobią flagi i pamiątki z Polski. Popijając argentyńskie piwo, rozmawiamy z właścicielem o jego życiu w Buenos Aires.

Po wymeldowaniu z hostelu, kolejnego dnia, spacerujemy po San Telmo, odwiedzamy jedną z wielu klimatycznych kawiarni i oczekujemy tam na wieczorny pociąg, którym pojedziemy dalej na południe, w kierunku pustkowi Patagonii.

Tekst: Strzała

 

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ