DSC_8211.JPG
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Dzień nad Iguazu
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 11450
PDF
DRUKUJ

Dzien nad Iguazu

O 6 rano wygonili nas z autobusu twierdząc, że jesteśmy już na miejscu. Po chwili krzątania się, postanawiamy zgodnie z załadowaną mapką na telefonie ruszyć w stronę Paragwaju - tak tylko na chwilę, zobaczyć jak to tam jest. Oddalamy się o 100 metrów od dworca, kiedy nagle Strzała rzuca wszystko i leci z powrotem po zostawiony w autobusie kapelusz. Niestety go nie odzyskuje, ale za to wraca z dobrymi wieściami. Po drodze trafił na busik do granicy z Paragwajem, którym się zabierzemy, zamiast spacerować z plecakami kilka dobrych kilometrów. Granicę przejeżdżamy nie wysiadając z busa, bez żadnej kontroli, co nas trochę później martwi.
No to jesteśmy w Paragwaju. Wojciech Cejrowski się nie mylił. Pierwsze co się rzuca w oczy - każdy ma yerba mate i termos. Każdy!

Jeden poranek, 3 kraje, masa przygód

Spacerujemy sobie uliczką w górę i dół. Stragany przypominają nam te z poprzednich krajów. Skierowane są głównie do przyjezdnych, gdyż Paragwaj jest krajem tańszym, od sąsiadującej z nim Brazylii czy Argentyny. Tańsza jest również elektronika, o czym usłyszeliśmy już w Rio od naszych cousurferów. Na każdym kroku można znaleźć sklepy z komputerami, telefonami i wszelkim innym sprzętem. Strzała w międzyczasie chce wypłacić równowartość 15 euro - 100 000 paragwajskich guarani , ale przypadkowo wypłaca okrągły milion - w dziesięciu banknotach. Później się potyka i prawie skręca sobie kostkę...

W jednym z dwóch krajów w Ameryce Południowej, bez dostępu do oceanu, spędzamy około dwóch godzin. Wiele nie wydajemy, dlatego Strzała idzie wymienić pozostałe setki tysięcy. Z naszych obliczeń wynika, że koleś w kantorze się pomylił, a Strzała dostał ponad 2 razy więcej peso argentyńskich niż powinien.

Granicę powrotną przekraczamy pieszo. Urzędnik dziwi się naszym pieczątkowym dylematom i pozwala wracać do Brazylii bez zbędnych formalności. Odpoczywając w cieniu, zastanawiamy się nad dalszą trasą - jak teraz dotrzeć do Argentyny? Na mapce wychodzi 15 km, a taksówka jest dla nas za droga. Siedzimy i ubolewamy nad odległością i marszem, który na nas czeka. Nagle znikąd podjeżdża nam pod nogi wymalowany na błękitno - biało, autobus z napisem Argentina. Taki sam jak jego paragwajski odpowiednik. Super - jedziemy!

Tym razem wysiadamy na granicy, zdobywamy drugą brazylijską pieczątkę. Czekamy na następnego busa z kwitkiem, że już zapłaciliśmy, więc kolejny będzie za darmo. Jedziemy, zdobywamy pieczątkę nowego kraju i jedziemy dalej. Wysiadamy w miejscu, gdzie jak twierdzi kierowca, jest autobus do Cataractas (jak mówi się tu na wodospady). Jakaś parka, obawiając się, że kolejny autobus nie przyjedzie, chce złożyć się z nami taksówkę. Dogadują się z kimś innym, a jak tylko odjeżdżają, tak przyjeżdża nasz autobus. Jedziemy nad wodospady!

Zespół wodospadów rzeki Iguazu jest jednocześnie granicą pomiędzy Brazylią oraz Argentyną. Jeden z 7 cudów natury można w związku z tym podziwiać w obu krajach. Widok z Brazylii jest podobno tym najpiękniejszym. My zdecydowaliśmy się jednak na Argentynę, która poza równie pięknymi widokami, posiada wiele szlaków, punktów widokowych oraz wysepek na rzece.

Jest około 10:00, więc mamy dużo czasu na zwiedzanie bogatej, argentyńskiej strony wodospadów. Zanim wejdziemy na teren Parku Narodowego Iguazu, biegamy trochę i szykujemy się na dzień w parku (tu zostawić plecak, tu kupić bilet, tam toaleta, tu mapka). Uzbrojeni w 1 mały plecak i aparaty lecimy do wejścia. Otoczenie od razu nam się podoba, ponieważ czujemy się trochę jak w dżungli. Dzięki dużej ilość ścieżek nie widać jak wiele ludzi zwiedza to miejsce.

Na początek, otoczeni setkami kolorowych motyli, idziemy jednym ze szlaków na przeprawę łódką, aby dostać się na wyspę usytuowaną pośrodku wodospadów. Mijamy wiele ciekawych zwierząt, które chodzą sobie swobodnie obok nas.

Na wyspę przeprawiamy się na spokojnie z innymi (wszystko jest wliczone w cenę biletu wejścia, a organizacja jest naprawdę dobra) i ruszamy zalesionymi szlakami do kolejnych widoków. Widoków, które opisać jest ciężko, a zapewne najlepiej zrobią to za mnie zdjęcia. Muszę jednak przyznać, że odkąd zobaczyłem Wodogrzmoty Mickiewicza za dzieciaka, jestem wielkim fanem wodospadów. Jak podrosłem była Siklawa oraz niewielkie wodospady w Norwegii. Cały czas brakowało mi większych ilości przelewającej się wody. Przyznać muszę, że znalezienie się pośrodku 256 oddzielnych spadów wody jest niesamowitym przeżyciem.

Po wyspie udajemy się kolejką do najważniejszego punktu widokowego po argentyńskiej stronie. Z pociągu, który jeździ po parku, wiedzie do niego około kilometrowa, metalowa ścieżka nad wodą. Sam punkt widokowy umiejscowiony jest nad tak zwanym „gardłem diabła" - najbardziej charakterystycznym miejscem na wodospadach Iguazu. Taras widokowy umiejscowiony jest niemal nad centrum wodospadu - tak blisko, że można zmoknąć od rozpryskującej się wody.

Niepozorna, leniwa rzeka rozlewa się na wszystkie strony. Nagle jest prawie 100 metrowe urwisko i bach - cała woda, z pojedynczych miejsc spada. Coś pięknego. Wszystkiemu towarzyszy słońce, a co za tym idzie tęcza nad kotłującą się wodą.

Wracając zahaczamy o jeszcze jedną trasę widokową, która nie robi już takiego wrażenia jak poprzednie, jednak nadal jest fajna i pozwala spojrzeć na zespół wodospadów z innej strony. Wracamy znajomą nam już drogą.

Zatrzymujemy się jeszcze przy mikro muzeum i korzystamy z wodopoju oraz na chwilę wchodzimy do środka. Po wyjściu z parku udajemy się pieszo w kierunku drogi na południe - to nasz kierunek na następny miesiąc. W trakcie marszu rozglądamy się za miejscem na nocleg. Przechodzimy dobre kilka kilometrów, a droga jest znacznie dłuższa niż nam się wydawało kiedy jechaliśmy autobusem. Powoli zapada zmrok, więc gdy tylko dochodzimy do miejsca, gdzie widzimy jakieś niby wejście do dżungli - to wchodzimy. Jest gęsto i za bardzo nie ma jak się ruszyć, przydałaby się maczeta. Strzała idzie na zwiady i mówi „tam". Tam rozbijamy nie namiot, ale pierwszy raz podczas wyjazdu hamaki. Na namiot nie ma miejsca, poza tym w tym klimacie, byłoby w nim jak w saunie, a po ziemi chodzą mrówki wielkości kciuka. W każdym razie taktyką Strzały rozwieszamy hamaki i podwiązujemy resztę rzeczy, żeby nic ich nie oblazło.

Strzała robi małe ognisko, na którym podpiekamy pół brazylijskiej kiełbaski i wypijamy po małym piwku. W międzyczasie słońce zachodzi, a my przygotowujemy hamaki do nocy. Miejsce znaleźliśmy w samą porę. Pół godziny po zachodzie słońca, w gęstym lesie, jest tak ciemno, że z jednego hamaku nie widać drugiego - choć jednym końcem przywiązane są do tego samego drzewa. Noc w śpiworach, aby jak najlepiej osłonić się przed robactwem. Strzała chrapie już po 10 minutach, mnie odpowiednie ułożenie i odganianie małych lataczy zajmuje trochę czasu. W końcu też jakoś zasypiam.

A wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Tekst: Kali

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ