003.jpg
Wyszukaj w portalu
zaplac_podatki.png
konkurs.jpg
smieci.png
dzialki.png
mlodociani.png
odo.jpg
godziny.jpg
rm.png
rdpp.png
chodzieska_kadrta.jpg
karta.jpg
oferty_pracy.jpg
INWESTUJ.jpg
logo_senior_wigor_1.png
500plus.jpg
konsult.jpg
baner_zagosp.png
KARTA_SAM.png
ANKIETA.jpg
MPDSON.png
baner- mikroporady.jpg
rejestr_inst_baner.jpg
Rozlicz PIT w Chodzieżyw Chodzieży
Przekaż 1% w Chodzieżyw Chodzieży
Darmowy Program PIT dostarcza firma PITax.pl Łatwe podatki
pila.jpg
kl.jpg
1_PROC_min.jpg
logo.jpg
projekty.jpg
poziom.gif
noclegi.gif
gastronomia.gif
kino.jpg
mzk.png
formul.png
chodzieski_275.jpg
E-Urzad
bip.jpg bom.jpg ep.jpg ue1.jpg
wybory.jpg
Kultura
Rio de Janerio
Dodany: 12.03.2014
Liczba wyświetleń: 10864
PDF
DRUKUJ

Rio de Janeiro

Dotarcie do Rio de Janeiro zajęło nam 5 kolejnych nocy, które spędziliśmy w autobusach. Zaczynając od Uyuni, dojechaliśmy do Sucre - pięknego kolonialnego miasta i konstytucyjnej stolicy Boliwii, aby kolejną noc spędzić w drodze do Santa Cruz. Stąd chcieliśmy pociągiem dostać się do Brazylii. Jechał on jednak dopiero następnego dnia, a my nie chcieliśmy marnować dnia na czekanie. Wzięliśmy więc prysznic na dworcu, pospacerowaliśmy trochę po mieście, a do granicy pojechaliśmy nie inaczej jak nocnym busem. Po przejściu granicy, dostaliśmy się do miasta Corumba, gdzie po zwiedzaniu centrum i małych zakupach, zdecydowaliśmy się spróbować szczęścia i pojechać dalej autostopem. Po kilku kilometrach marszu i kilku godzinach stania i czekania na okazję, podczas gdy termometr w słońcu wskazywał 50 stopni (swoją drogą na tym kończyła się skala), zdecydowaliśmy się pojechać kolejny raz nocą do Campo Grande. Stamtąd, już bez większego zastanowienia, kupiliśmy bilety na 23-godzinną podróż do Rio de Janeiro.

Cidade maravilhosa
Do stolicy samby przyjechaliśmy po południu. Nocleg znaleźliśmy na Couchsurfingu, a gościć nas miało 4 kumpli mieszkających pod jednym dachem. Jako, że są oni bardzo aktywnymi hostami, mają nawet własną stronę oraz fanpage 4 Brothers House. Najprościej do ich mieszkania byłoby pojechać taksówką, lecz biorąc pod uwagę fakt, że w naszym przypadku najprostsze rozwiązania są rzadkością, to kawałek podjechaliśmy autobusem, a resztę drogi przeszliśmy pieszo. W mieszkaniu przywitał nas Otavio i po krótkiej rozmowie i szybkim prysznicu, pojechaliśmy metrem w kierunku plaż. Ponieważ trafiliśmy tu akurat w dzień wolny od pracy, najsłynniejsze plaże miasta: Copacabana i Ipanema były strasznie zatłoczone. W normalnych warunkach, tłum na plaży to raczej nic przyjemnego, jednak w Brazylii było to ciekawe doświadczenie. Ludzie są tu niesamowicie różni, a na plaży mieliśmy okazję obserwować cały wachlarz odcieni skóry i włosów. Po zachodzie słońca wróciliśmy do mieszkania, by spędzić trochę czasu z naszymi gospodarzami.
Piękne plaże przyciągają zarówno turystów, jak i mieszkańców

Następnego dnia, po szybkim śniadaniu na obrzeżach faveli udajemy się na plażę, by odpocząć po długiej podróży z Boliwii. Na Copacabanie nie było tłoku jak poprzedniego popołudnia, więc z przyjemnością rozkładamy się na piasku z zielonymi kokosami w dłoniach. Po jakimś czasie przenosimy się na Ipanemę. Tam, ze skał rozciąga się świetny widok, a woda jest płytsza, więc wskakujemy się ochłodzić. Nie zamierzamy jednak spędzić całego dnia leżąc bykiem - po południu udajemy się w stronę Corcovado - góry, na której znajduje się słynny pomnik Cristo Redentor. Do jednego z 7 cudów świata, można dostać się wygodnie, czyli busikiem lub kolejką oraz ciekawie, czyli wspinając się na szczyt przez tropikalny las. My wybieramy oczywiście tę drugą opcję.
Znalezienie samego wejścia na szlak zajmuje nam sporo czasu. Musimy obejść spore jezioro, później gubimy się w mieszkalnych dzielnicach u stóp góry. Gdy w końcu znajdujemy początek szlaku w Parku Lage, jest już po 17. Na ścieżce spotykamy strażnika, który informuje nas, że na tę drogę wpuszczają tylko do 16, bo zajmuje podobno 2,5 h. Gdy pytami się, co teraz, odpowiada nam manana - wróćcie jutro. Na szczęście niewielka znajomość portugalskiego robi swoje i przekonujemy strażnika, by pozwolił nam iść. Do zachodu słońca nie zostało już wiele czasu, więc ostre podejście pokonujemy niemal sprintem. Ewidentnie nie mamy szczęścia do zdobywania cudów świata - tak samo jak na Machu Picchu - szybko kończy się nam woda, jest gorąco, idzie się ciężko. Ale dajemy z siebie wszystko i po godzinie z hakiem jesteśmy na szczycie.

Tu spotyka nas kolejna niemiła niespodzianka - nie można kupić biletów! Kobieta przy bramkach odsyła nas do kasy... w połowie góry. Podobno jakiś bus pojechał tam kupić bilety dla innych i prosimy, by wzięli dwa więcej dla nas. Gdy bus się pojawia, pozostali czekający odbierają swoje wejściówki, a dla nas niestety już nie starcza... Po całym wysiłku włożonym w dotarcie na miejsce jesteśmy trochę rozgoryczeni, ale z całych sił staramy się coś zrobić. Zagadujemy do mężczyzny z większej grupy czy nie mają przypadkiem dodatkowych biletów. Mówi, że najpierw oni wejdą, a potem zobaczy się, czy coś zostało.
Czekamy chwilę i mamy szczęście! Znajdują się dwa dodatkowe bilety, które odkupujemy za 20 reali. Cena wysoka, ale zawiera też busika w dół. Jeszcze tylko ostatnie schody, obchodzimy gigantyczną figurę Chrystusa i naszym oczom ukazuje się widok, który nie ma sobie równych - wielkie Rio, cudowne miasto, jak nazywają je Brazylijczycy. Słońce zachodzi za Ipanemą, nad zatoką, na której stoją zacumowane okręty, powoli zapada zmrok. Ulice i budynki powoli się rozświetlają, a szerokie drogi zamieniają się w rzeki białych i czerwonych świateł samochodów. Nawet duża ilość ludzi na platformie widokowej nie niszczy tego niezwykłego przeżycia. Niestety, nie mamy tu dużo czasu - pojawia się obsługa i informuje, że ostatni bus w dół odjeżdża teraz... Nie za 5 czy 10 minut, ale teraz. Nie chcąc wracać długą trasą w dół po ciemku, idziemy na parking.

Tak mało czasu na szczycie było rozczarowaniem, ale jeszcze większym okazał się bus, który zabiera nas tylko do połowy drogi w dół, gdzie większość ludzi ma swoje auta. My musimy zejść pieszo, po ciemnej drodze w gęstym lasie deszczowym. Już samo to nie jest zbyt bezpieczne. Gdy zaś w ciemności piszę smsa - kończę na drzewie, a później, niezrażony pierwszym wypadkiem - wpadam do rowu, co skutkuje rozbiciem kolana i ekranu w telefonie. Dopiero po kilku kilometrach docieramy do pierwszego przystanku i jedziemy do centrum. Stąd jeszcze kawałek, więc by odpocząć po ciężkim dniu, wchodzimy do baru na skraju faveli, w którym rozpoczęliśmy dzień i bierzemy po piwie. Zmierzając w stronę mieszkania, przypominamy sobie, że od śniadania nic nie jedliśmy. Kupujemy pierwsze po drodze uliczne jedzenie. Dobrze wyglądające szaszłyki kosztują tylko 3 reale. Mięso było dość nietypowe. Okazało się, że były to serca. Gdy wracamy do mieszkania, jeden z naszych hostów patrzy sceptycznie na nasze czerwone od słońca twarze i kręcąc głową mówi "ahh wy gringo, wszyscy tacy sami". Po takim dniu zasypiamy niemal od razu - Kali na materacu, a ja w hamaku na balkonie.


Miasto Boga to jedna z 700 faveli w Rio, znana z filmu pod tym samym tytułem. Ubogie, niebezpieczne dzielnice dawniej nie były miejscem, w którym gringo mógł spokojnie się przechadzać. Dziś niektóre zostały spacyfikowane. To znaczy, że policja rozbiła lokalne gangi narkotykowe, postawiła posterunki, a miasto buduje szkoły i placówki socjalne. Jedną z takich faveli - Santa Marta - postanowiliśmy ją odwiedzić.

Ponieważ ogarnięcie busów w Rio nie jest najłatwiejsze, a my mamy sporo czasu, robimy dłuższy spacer w centrum do dzielnicy Botafofo. Tam, bez specjalnego błądzenia, znajdujemy wejście do faveli Santa Marta, położonej na zboczu góry o tej samej nazwie. O ile można tak powiedzieć, jest to jedna z sławniejszych faveli - Michael Jackson nagrywał tu teledysk do „They don't really care about us", a grupa europejskich artystów w ramach swojego projektu, pomalowała część domów w wesołe barwy. Na szczyt wzgórza jeździ darmowa kolejka, która służy także do transportu materiałów budowlanych i śmieci - na faveli nie ma dróg, tylko wąskie uliczki i strome schody. Wraz z kilkoma mieszkańcami oraz grupą Azjatów z lokalnym przewodnikiem, wjeżdżamy na górę. Na szczycie jest duży posterunek policji pacyfikacyjnej, który spełnia wiele funkcji - przez okno widzimy, że w jednej z sal grupa dzieci ma lekcję muzyki. Ze szczytu rozciąga się świetny widok na miasto, lecz dopiero tutaj tak naprawdę widać niesamowity kontrast pomiędzy dwoma twarzami Rio - w oddali widać hotele, wysokie apartamentowce i marinę, zaś wokół nas rudery z blachy, gołej cegły i sterty śmieci. Wszystko to zaś ogląda, niewielki z tej perspektywy, Chrystus Odkupiciel na szczycie Corcovado. Nazwanie jednej z faveli Miastem Boga wydaje się dość gorzką ironią.


Gdy schodzimy z najwyższej części wzgórza Santa Marta, małe domki, często budowane przez samych mieszkańców, nie są tak urocze, jak te pomalowane przez artystów. Choć sam projekt jest ciekawy i szlachetny, to wciąż miejsce, gdzie mieszkają bardzo ubodzy ludzie. Niektóre ściany są przechylone tak, że ledwo stoją. Czasem dachy sklepiają się nad uliczką tak, że jest zupełnie ciemna. Są oczywiście karaluchy, a od czasu do czasu między nogami przemyka szczur. Nie czujemy się tu zagrożeni, a mijani mieszkańcy witają się i sprawiają nawet miłe wrażenie. Tylko od czasu do czasu ktoś spojrzy nieprzyjaźnie lub powie, żeby nie robić zdjęć. Wizytę w Santa Marta kończymy popijając piwko w jednym z lokalnych barów. Uczucie spędzenia chwili pośród mieszkańców faveli jest bardzo ciekawym doświadczeniem, odebranym przez nas zdecydowanie pozytywnie.
Choć mieszkańcom faveli niewiele można się wiele zazdrościć, jedną takich rzeczy jest widok

Przed powrotem do domu robimy jeszcze małe zakupy na wieczór, nastawiając się na wieczorne wyjście. Sami nie znamy okolicy ani pubów, jednak w tej kwestii możemy śmiało polegać na naszych couchsurferach. W mieszkaniu szybko okazuje się, że jakaś impreza jest na rzeczy i zostajemy wpisani na listę gości. Impreza studentów psychologii, z otwartym barem za 30 reli. Brzmi nieźle. Na miejsce dojeżdżamy busem i naszym oczom ukazuje się mała willa z basenem w której mieszka grupka znajomych. Wracając do domu około 4, zgodnie przyznajemy, że Brazylijczycy potrafią się bawić.


Ostatni dzień w Rio zaczynamy od wizyty na dworcu autobusowym, gdzie zakupujemy bilety do Foz de Iguazu na następny poranek. Pogoda nieco się popsuła i pada deszcz. Nie psuje to naszych humorów i wyruszamy w kierunku Muzeum Sztuki Współczesnej, położonego po drugiej stronie zatoki. Autobusem dojeżdżamy do portu, w okolicach którego zatrzymujemy się na chwilę, ponieważ pod mostem odbywa się targ staroci. Można na nim kupić prawie wszystko, nawet polskie monety z pruskiego zaboru. Nasze zakupy ograniczamy do kilku niewielkich upominków.

Museu de Arte Contemporanea to bardzo charakterystyczny budynek, swoją bryłą przypominający nieco statek UFO. Jego położenie jest równie piękne co sama konstrukcja. Na klifie, na małym półwyspie, z widokiem na drugą stronę zatoki z licznymi wysepkami po drodze i wzgórzami w tle. W środku okazuje się, że ciekawa konstrukcja wiąże się ze znacznym ograniczeniem powierzchni wewnątrz. Do podziwiania są jedynie dwa piętra, dosyć niewielkich rozmiarów. Wystawa jednak, jak to w sztuce współczesnej bywa, potrafi zadziwić i skłonić do rozmyśleń.

Dzień kończymy przeprawą promową oraz tradycyjnym już dla nas, szukaniem właściwego busa do domu. Komunikacja miejska w Rio jest bardzo rozwinięta i poza kilkoma liniami metra opiera się na busach. Busach, które dla miejscowych są stosunkowo przejrzyste, natomiast przyjezdni muszą się uzbroić w cierpliwość oraz liczyć na odrobinę szczęścia przy okazji wyboru miejsca oczekiwania oraz destynacji, w którą chcą się wybrać. Po powrocie do domu robimy sobie jeszcze zdjęcie z lokatorami na balkonie, co jest ich tradycją, gdy kogoś goszczą i po ostatniej Caipirinhi udajemy się spać. W końcu jutro czeka nas 21 godzinna przeprawa autobusem w kolejne, nie mniej interesujące miejsce - wodospady Iguazu.

Tekst: Kali&Strzała

 

PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ